|
|
„Don Juan wraca z wojny” w Teatrze Polskim to popisowa rola maszynistów oraz sprzętu, który obsługują na dużej scenie tego teatru. Z przyjemnością się na nią patrzy; jest wielka, nowoczesna i ma duże możliwości. Widać, że maszyniści rozwinęli skrzydła w tej sztuce i stanęli na wysokości zadania. Ale czy artyści również?
Zanim przejdę do tej sprawy, napiszę jeszcze jedną rzecz. Z tego powodu naprawdę warto obejrzeć ten spektakl. Jest to scenografia, a konkretnie jej główny element, śnieg. Wygląda tym piękniej, że scena, jak wspomniałam, jest duża i śniegu zmieści się na niej całkiem sporo, co dało prawdziwą głębię i zaskakujące efekty świetlne. Ten element scenografii jest tu głównym bohaterem, chociaż w drugiej części spektaklu jakby zabrakło dla niego roli; ustawienia dekoracji zaczynają się powtarzać, a tą samą grą świateł trudno zachwycić się po raz enty. Ale to nie zmienia faktu, że śnieg wraz z maszynistami zagrał i zgrał się bardzo pięknie, w zasadzie nie zostawiając „miejsca” dla aktorów. Niezwykła niespodzianka pod tym względem czeka nas w scenie finałowej. Nie przejmujcie się, jeśli z tej przyczyny nie zauważycie, co miał w finale do powiedzenia tytułowy bohater. Na ile pozwala mi podzielność uwagi, stwierdzam że nie ma czego żałować.
Oprawa tego spektaklu jest dziełem wielu osób, ale prowadzą one do jednego miejsca, które zresztą jeszcze bardziej oddala nas od tytułowego bohatera i jego spraw (sam jest sobie winien, że specjalnie nie przyciąga...). Mianowicie, realizacyjne „tropy” prowadzą do Tel Awiwu w Izraelu. To tam reżyser Gadi Roll stworzył wiele spektakli, zanim został dyrektorem artystycznym The Belgrade Theatre w Coventry w Wielkiej Brytanii (gdzie zresztą powstał wystawiany we Wrocławiu dramat). W Tel Awiwie studiował także Roni Toren, scenograf, absolwent tamtejszego Wydziału Sztuk Teatralnych, gdzie w latach 1999 – 2006 był profesorem scenografii. Eldad Lidor, kompozytor muzyki teatralnej, filmowej i reklamowej, tworzył także dla izraelskiego radia, oraz dla Yitzhak Rabin Museum w Tel Awiwie. Na tamtejszym uniwersytecie wykładał kompozycję. Pewnie dlatego, muzykę do „Don Juan wraca z wojny” nagrano i zmiksowano w studiach Qsound w Tel Awiwie między 10 a 28 lutego 2007. Eldad Lidor skomponował także liczne utwory dla tamtejszego Teatru Narodowego Habima. Natomiast reżyserka światła, Felice Ross, wprawdzie urodziła się w Stanach Zjednoczonych, ale obecnie mieszka w Izraelu. Pozostaje zazdrościć tamtejszym teatrom jej licznych realizacji. Ten ciekawy zestaw przywodzi na myśl jeszcze jedną refleksję na temat scenografii; sceniczny śnieg pięknie sugeruje zimę i trzaskający mróz, głównie za sprawą świateł, ale jego nieustająca obecność we wszystkich scenach sprawia wrażenie, że jest to także powiew izraelskiego pustynnego klimatu, gdzie piasek towarzyszy zawsze i wszędzie. Zwłaszcza, że dramat kończy się przy dźwiękach „Good Bye Blue Sky” Pink Floyd, co jeszcze raz sprawia, że scenografia gra sama dla siebie.
Wracając do dramatu, który był, chcąc nie chcąc, pretekstem dla stworzenia tej miłej impresji na temat Tel Awiwu, zacznę od wiadomości, którą postaram się pocieszyć szanownych czytelników; otóż moim zdaniem, z zespołem aktorskim Teatru Polskiego nie jest jeszcze tak źle, by nie było komu zagrać roli Don Juana, nawet wracającego z wojny (a może zwłaszcza?). W spektaklu gra Marcin Czarnik oraz dziewięć aktorek, które grają 35 postaci kobiecych. Większość ich ról jest ciekawa, niektóre nawet bardzo, dzięki pomysłowym kostiumom Agnieszki Zawadowskiej. Niestety, aktorzy mogą tylko pozazdrościć udanej współpracy artystom z Tel Awiwu, ponieważ w tym zestawie współpraca nie bardzo się klei. Myślę nawet, że niektóre sceny zostały całkowicie źle zinterpretowane (o ile w ogóle). Oprócz oczywistych braków, niestety brakuje tutaj także reżyserii. Jak było powiedziane wcześniej, spektakl został „stworzony” gdzie indziej, reżyser zrealizował go w angielskim teatrze i przywiózł do Wrocławia gotowy pomysł. Przywodzi mi to na myśl pewną ciekawostkę, w którą nie musicie wierzyć, ale słyszałam że to prawda. Otóż, podobno zdarzały się przypadki przewożenia zarodków cennych koni w samicy królika, zapewne w celu powtórzenia sukcesu zagranicznych hodowców. Wrocławski „Don Juan...” przypomina takiego właśnie konia przywiezionego w zarodku z Anglii, za pomocą królika... moim zdaniem to wyjaśnia wszystko! Zatem jeszcze raz brawo dla maszynistów, do nich należy scena (zresztą chyba to właśnie mieli na myśli gdy wkroczyli na nią z wiaderkami, by dosypać białego puchu, zupełnie nie przejmując się nami – widownią).
Ödön von Horváth, „Don Juan wraca z wojny”. Reżyseria: Gadi Roll, scenografia: Roni Toren, kostiumy: Agnieszka Zawadowska, muzyka: Eldad Lidor, reżyseria świateł: Felice Ross.
Obsada: Marcin Czarnik, Bożena Baranowska, Paulina Chapko, Krzesisława Dubielówna, Anna Ilczuk, Alicja Kwiatkowska, Karolina Dafne Polcari, Kinga Preis, Agata Skowrońska, Marta Ścisłowicz.
skomentuj (0)
Ale nie wiem po co.
Właśnie mi się przypomniało, że w zasadzie ludzie jeszcze piszą blogi. Nie wiem po co, ale zawsze mam dużo do napisania i czasami da się tak zrobić, żeby było to zrozumiałe (teraz nie). Coś powinnam przebudować tutaj. Zestarzało się na amen.
Ale archiwum już nie skasuję, bo tam jest Grecja :)
Więc coś innego, żeby wszystko razem jakoś wyglądało, a wtedy może się jeszcze okaże, że warto tu coś napisać. Póki co - lektury na dzień dzisiejszy może wyjaśnią dlaczego mówię od rzeczy. Te książki czytam teraz wszystkie naraz i mam wyrzuty sumienia:
Carolyn Resnick, "Naked Liberty"
Sylvia Loch, "Dressage. The art of classical riding"
Ryszard Kapuściński, "Imperium"
Claude Durix, "Sto kluczy zen"
Maria Moneta - Malewska, "Zen. Zamiatając skały, czesząc mech"
Koń ma się zadziwiająco dobrze, a ja przeszłam samą siebie. Nie było trudno. Ale o tym chyba muszę napisać gdzie indziej, bo tutaj miały być rzeczy dla normalnych ludzi, a nie dla koniarzy. W każdym razie, ja i koń stworzyłyśmy nową jakość.
skomentuj (0)
Trzeba wrócić do pisania. Miało być przedtem odkurzone, posprzątane, przemeblowane i wytapetowane od nowa, ale... niech już zostaną stare śmieci. W końcu nie wygląda to wszystko tak źle.
Greckie archiwum podróżne zostawię, bo to naprawdę żal byłoby usuwać... ale już wpłynęłam na nowe morza. Na szczęście odkrywam kolejne niesamowite wyspy, egzotyczne obyczaje, inne przemyślenia i tak dalej.
Teraz już nie "konie", tylko "koń", jeden. To zmienia postać rzeczy... koń młody, przemyślany, zaplanowany, przedyskutowany i zrealizowany. Wszystko, co robimy razem, jest częścią wielkiego planu, ale tylko koń decyduje, czy i jak się w tym odnajdziemy.
Stawiamy więc na jeździectwo intelektualne... tak to chyba będzie najłatwiej określić. Rozwijamy nie mięśnie konia, tylko umysł, to, jak koń myśli i decyduje. Dla mnie to duża ulga, nie ma już przesadnie dużej góry mięśni, teraz jest wolne i niezależne zwierzę, które samo myśli i działa na własny rachunek. Rozmawiamy.
Jeździectwo intelektualne jest bardzo przyjemne. Na przykład z mojej strony, nie ma niczego co "trzeba" zrobić. Wszystko jakoś tak płynnie przechodzi jedno w drugie, od kiedy umiemy się porozumiewać zamiast walczyć albo uciekać przed sobą. Jest jedna rzecz, której w tym wszystkim nie można nauczyć - "zebranie". Coś, co wszyscy uważają za naturalne, ale większość nie wierzy, że koń może potrafić z własnej woli. Wprawdzie nie muszę tego uczyć, nie mam tego w planie, ale kiedy po stronie konia pojawia się taka gotowość, myślę sobie że byłabym głupia - czy ktoś uczy ptaki latać? Oczywiście że już to potrafi. Wie, jak zrobić coś najlepiej i wie, że ja wiem.
Śmiesznie jest też ze sprzętem, który jest potrzebny; właściwie nie ma go wcale, ale bierzemy to, z czym nam wygodnie, z czym nam ładnie, ale zaczynamy od tego, że nic nie jest potrzebne.
Podsumowując... łatwo jest uczyć konia, żałuję że nie traktowałam w ten sposób wszystkich zwierząt do tej pory. Jednak koń ma takie coś, czego nie mają one, czasami mam wrażenie że jest z innej planety. Ale zgadzam się, że wszystkim zwierzętom powinno się to należeć.
Reszta idzie sobie swoim rytmem... Wyższa Szkoła Jazdy to po prostu kolejna wyższa szkoła dla mnie, już się przyzwyczaiłam ;-)
Świat mógłby się składać z samych takich wyższych szkół. Jaka by to była ciekawa podróż, żeby je poznać.
skomentuj (0)
|
|